Czerwonym szlakiem GSB. Wołosate – Iwonicz

W czerwcu 2017 pada pomysł – jedziemy na Główny Szlak Beskidzki. Mija kilka dni i okazuje się, że z całej ekipy ludzi stuprocentowo zdecydowanych, zostaję sam. Nic to, na przełomie Lipiec- Sierpień ruszam w samotną podróż najdłuższym polskim szlakiem górskim. Całość szlaku ma 492 km (choć niektóre źródła podają, że ponad 500). Szlak kiedyś prowadził znacznie dalej, bo aż do Rumunii. Jednak po ustanowieniu granic po drugiej wojnie, zaczyna się(kończy) w Wołosatym.

Dzień 1

Obdzwoniłem dzień wcześniej wszystkie domy w Wołosatym celem zarezerwowania noclegu. Udaje mi się to po szóstej próbie.

Do Ustrzyk Dolnych docieram autokarem. Po czym okazuje się, że jedyny bus do Wołosatego (jeden dziennie) odjechał godzinę temu. Nic to, czas wyciągnąć kciuk. Pierwszy kierowca zatrzymuje się i mówi, że mnie podrzuci, bo jedzie do Wołosatego. Jakże niesamowitym jest fakt, że kierowca ów jest….. osobą która ma mnie przenocować!

Wieczór spędzam z gospodarzem wymieniając się opowieściami górskimi. Zwiedzam też Wołosate, co zajmuje mniej, niż pół godziny 😉

Dzień 2

Z samego rana ruszam. Po lewej widzę Tarnicę wyłaniającą się zza porannej mgły. Po drodze Straż Graniczna kontroluje mi dokumenty. Wchodzę na Halicz, wchodzę też na Tarnicę, przez którą co prawda nie przebiega GSB, jednak będąc już tak blisko nie można tego ominąć. Po południu docieram do Ustrzyk Górnych. Pogoda nie rozpieszcza, słońce pali niemiłosiernie. Postanawiam zostać na noc w schronisku Kremenaros. I tutaj tak właściwie zaczyna się przygoda. Poznaję dwóch podróżników idących tym samym szlakiem, Konrada i Dominika. Przyjechali z Krakowa. Po integracji postanawiamy od rana ruszyć razem.

Podczas integracji poznajemy Brazylijczyka i jego żonę, Polkę. Do tego poznajemy górskiego turystę, który noc spędził w górskim potoku, tracąc przytomność po uprzedniej libacji. Nadmienię, że turysta ów od 10 lat przyjeżdża na GSB i zawsze dociera tylko do Ustrzyk Górnych, gdzie upijając się spędza trzy tygodnie wakacji. Mówił, że marzy, by kiedyś choćby dotrzeć na Połoniny 😉 Dostajemy od niego też poradę, żeby zahaczyć o Siekierezadę gdy będziemy w Cisnej.

Dzień 3

Kolejny dzień, wyjście z rana. Znów będzie upał. Zapoznaję się lepiej z nowymi towarzyszami. Dominika ochrzciliśmy „osiedlem w górach”, z racji czapki z daszkiem, dresu i słuchawek w uszach, bo jak mówił, cisza go irytuje .

Dzień mija na rozmowie i dość szybkim tempie.

Docieramy do Smereka. Niestety nigdzie nie ma wolnych miejsc noclegowych. Jako ludzie czynu, od razu przystępujemy do zaradzenia temu problemowi.  Kupujemy po czteropaku i leżymy zrezygnowani na schodach sklepu czekając aż problem sam się rozwiąże;) I, jako że nasza taktyka była niewątpliwie słuszna, problem się rozwiązał. Kilku robotników budowlanych skrzyczało nas, że pijemy piwo zamiast wódki. My na to, że jesteśmy dziś bezdomni, a bezdomni nie piją wódki. I po krótkiej negocjacji za 0,7 Soplicy mieliśmy nocleg. Była też klauzula do umowy, że musimy z nimi wypić 🙂 Drugi raz słyszymy o Siekierezadzie.

 

Dzień 4-5

Rano my na szlak, a robotnicy do sklepu po śniadanie – bułki, pasztet i ćwiartka na głowę. Do tego drugie danie w postaci czteropaka.

Słońce pali niemiłosiernie. Ale dziś krótka trasa, chcemy tylko dotrzeć do Cisnej i trochę odpocząć. I pokonując Okrąglik, docieramy. Zostawiamy bagaże w Bacówce pod Honem (którą z całego serca polecam!) i ruszamy w miasto. Wieczorem zachodzimy do Siekierezady. Dominik ustala przed wejściem – dwa piwa i wracamy. Jest godzina 19. O godzinie 23 Dominik biegnie środkiem ulicy uradowany ze stanu w którym się znalazł. Okazało się, że w Siekierezadzie leją wino z kega w kuflach do piwa;)

Dzień później mamy cały dzień przerwy. Na dworze leje jak z cebra, a nasz kolega jest niedysponowany po wcześniejszych uciechach.

Dzień 6

Moje buty zaczynają się rozpadać i mocno ranią stopy. Przez to między innymi po całym dniu nie uda nam się dotrzeć do Komańczy. Udaje się za to dotrzeć do Duszatyna, gdzie mieszka chyba tylko jedna osoba, a do tego jest bar! Spytawszy o nocleg dowiadujemy się, że brak takowego. Zbiera się na deszcz, więc postanawiamy spać pod mostem. Jest wybornie po kąpieli w zimnej rzece!

Dzień 7

Obudziwszy się spostrzegam leżącą kulę brudu obok mnie. To Dominik, nie posiadał karimaty. Widok jest przedni.

Docieramy do Komańczy. Dominik jutro będzie musiał nas opuścić, ponieważ kończy mu się urlop. Poznajemy kilka ciekawych osób. Pana Joachima, któremu coś kiedyś posypało się w życiu i osiadł w Bieszczadach. Wędruje z miejsca w miejsce i ma dużo historii do opowiedzenia. Oczywiście częstujemy go piwem.

Poznajemy też dwie dziewczyny, które awaryjnie muszą zejść ze szlaku i wracać do Poznania. Załatwiamy sobie wspólny nocleg na poddaszu stodoły po 10 zł od osoby. Oczywiście wieczorem wyprawiamy huczną ucztę na pożegnanie Dominika, muzyka gra z głośnika mojego telefonu, jest piwo i liofilizaty 😉

Dzień 8

Dziewczyny i Dominik pojechali, a my z Konradem ruszamy dalej w stronę Rymanowa. Mniej więcej w połowie dnia Konradowi dzwoni telefon. To Dominik. Rozmowa była taka :

– siema chłopaki, gdzie już jesteście?

– idziemy w stronę Rymanowa, a Ty dotarłeś do Krakowa?

– Tak ale wracam. Zagrałem z szefem w statki.

– W jakie statki?

– Powiedziałem szefowi – szefie szefie, zagramy w statki? On na to – w statki? Na co ja – tak. W statki. Ja zaczynam. Mój ruch na L4 ! 😉

W ten sposób dotarłszy do Rymanowa spotykamy się z Dominikiem.

Dzień 9

Dominik przyjechał tyko na jeden dzień, bo tak stęsknił się za nami. Konradowi też skończył się urlop, wiec dotarłszy do Iwonicza, kończymy wyprawę. Moje nogi są w fatalnym stanie, buty znanego producenta nie dały rady, nie mam skóry na piętach, odpadły mi dwa paznokcie. Ale jestem szczęśliwy, że mogłem poznać tyle ciekawych osób i przeżyć tak ciekawą przygodę ! Na pewno kiedyś wrócę na GSB!