Kazachskie przygody część druga - Jeziora Kolsay

Kazachskie przygody część druga - Jeziora Kolsay

Czyli 10 osób i pies w Toyocie, kazachskie wojsko i nocne strachy

Wielu osobom wydaje się, że skoro na południu Kazachstanu jednym z obowiązkowych punktów typu „must see” są jeziora Kolsay i jezioro Kaindy, do których bazą wypadową jest wieś Saty, położona na południu, nieopodal Kirgiskiej granicy, to na pewno z głównej drogi z Ałmaty łatwo o transport. W tym momencie polecam wyłączyć europejskie myślenie – to wcale nie jest takie oczywiste!
Z nowo napotkanymi kompanami, polakiem, brazylijką, kanadyjczykiem i francuzem od trzech godzin staliśmy przy jedynej drodze prowadzącej do Saty i próbowaliśmy złapać stopa lub jakiś płatny transport. Było to o tyle skomplikowane, że prócz busów napakowanych turystami jadącymi z Ałmaty za 150$ za wycieczkę, praktycznie nic tędy nie jeździ. Na szczęście po tych trzech godzinach trafia nam się mały autobus wiozący poduszki i pościele, a kierowca za 500 Tenge od głowy zgadza się nas podwieźć jakieś 60 km.

Docieramy do dosłownie środka niczego. Mała wieś, jeden sklep, żadnych nadziei na transport publiczny, jest późne popołudnie, a nad górami wzbierają ciemne chmury niechybnie zwiastujące deszcz. Przechodząc przez wieś napotkaliśmy kilku Kazachów w stanie lekko wskazującym, którzy chcieli nas podwieźć za 6000 Tenge do Saty. Odmówiliśmy, hańbą byłoby zapłacenie 12 zł od osoby za niecałe 40km 😉 Kazachowie jednak nie odpuścili. Przyjechali po nas dziwacznym, uzbeckim jak się później okazało, wehikułem i po targach zgodzili się nas zawieźć za 3000 tenge i 4 piwa. Niestety, wehikuł od dawna nie przebył tak długiej trasy, więc przed wyruszeniem w drogę kierowca pompuje powietrze w opony, tankuje, sprawdza czy koła są dokręcone… i ruszamy!

Wehikuł
Jak to powiedział Kazach – “haroszaja Uzbeckaja maszyna” 🙂

Ja piję piwo. Nowo poznani towarzysze podróży piją piwo. Jeden Kazach siedzący w bagażniku pije piwo. I kierowca pije piwo.

[kad_youtube url=”https://www.youtube.com/watch?v=K3wB6olppP0″ ]

 

Poruszamy się z prędkością około 20 kilometrów na godzinę. Oczywiście, kiedy jest z górki. Pod górkę jesteśmy niewiele szybsi od przeciętnego piechura. Czasami musimy się zatrzymać, żeby schłodzić silnik. Dodatkowo nasz kierowca wspaniale radzi sobie z eco drivingiem, mianowicie gasi silnik kiedy zjeżdżamy z góry, a odpala, kiedy auto ma jeszcze rozpęd. Niestety raz mu się nie udało i musieliśmy popchnąć nasz bolid. Cali i zdrowi docieramy do Saty.
Robimy małe zakupy i ruszamy pieszo w kierunku jezior Kolsay. Jest już naprawdę późno więc nie łudzimy się, że uda nam się dzisiaj dotrzeć, mamy plan biwakować gdzieś nad rzeką, wzdłuż której prowadzi kilkunastokilometrowa droga do pierwszego z jezior. Mijając zaparkowaną na poboczu Toyotę Rav 4 przystaję, kiedy okno się otwiera. Kierowca pyta:
– Jeziora Kolsay?
– Tak.
– Jestem ja, moja żona, trójka dzieci i pies, plus bagaż na biwak z dziećmi w górach na cały weekend, ale może jakoś upchamy dwie osoby z plecakami.
– Wie pan co… jednak może pójdziemy pieszo, jest nas pięcioro, nie chcemy się rozłączać, dziękuję.
– Nie odchodźcie, spróbujemy.
Nasze miny nie wyrażały zbytniego optymizmu, ale mimo wszystko jakoś upchnęliśmy pięć plecaków w bagażniku, jedno dziecko na kolanach mamy, drugie taty (kierowcy), jedno dziecko stało pomiędzy mną a mamą, brazylijka na kolanach kanadyjczyka, drugi polak na kolanach francuza i moich. I tym sposobem dotarliśmy do jezior jeszcze dziś! Hurra!
Po noclegu ruszamy do drugiego jeziora. Niestety wybraliśmy złą drogę, więc nie dość, że było stromo, ślisko, wąsko, to jeszcze trzeba było w pewnym momencie przekroczyć rzekę, w której woda naprawdę była lodowata, toć to dwa tysiące metrów, a na dodatek rwący od silnego deszczu nurt nieomal nas przewracał. Mimo wszystko było zabawnie.

[kad_youtube url=”https://www.youtube.com/watch?v=H1X2IKZjrsw” ]

Zagadaliśmy się przy drodze z napotkanymi włochami, ale nasza brazylijska przyjaciółka poszła dalej. Słyszymy ją z lasu, kiedy głosem nie znoszącym sprzeciwu, czyli czymś pomiędzy rozkazem i panicznym strachem, woła nas – GUYS!
Dochodząc w pośpiechu do niej zauważamy jednego żołnierza trzymającego dystans i broń w pogotowiu i drugiego, przebijającego się przez gęstwinę w naszym kierunku. Po sprawdzeniu dokumentów otrzymujemy informację – nad trzecie jezioro nie wolno iść, była strzelanina z przemytnikami i jest zamknięte dla turystów. Cóż, dobrze że na tym się skończyło. Jeziora Kolsay są położone w strefie przygranicznej z Kirgistanem i łatwo natknąć się tam na patrole, także warto mieć ze sobą dokumenty, karteczkę migracyjną otrzymaną na granicy oraz… bilety wstępu do parku, które tez mogą być skontrolowane.
Docieramy do drugiego jeziora przed wieczorem. U góry zabawa w najlepsze, około pięćdziesiąt mężczyzn gotuje mięso w przeogromnych garach, palą się ogniska. Niestety, nasza przyjaciółka, jako jedyna kobieta w promieniu co najmniej piętnastu kilometrów, powiedziała że czuła się jak mięso w schronisku dla psów, gdy widziała spojrzenia tylu przedstawicieli płci brzydkiej. Dla jej komfortu postanawiamy zabiwakować trochę dalej, ale przy schodzeniu na polankę zauważamy sześciu nagich kazachów kąpiących się w lodowatym jeziorze. Cóż, dalej już nie można iść, dalej jest tylko droga nad trzecie, zamknięte jezioro.
Biwak jest we wspaniałym miejscu, jednak nocą jest niemiłosiernie zimno – wysokość ponad 2200 metrów, z jednej strony jezioro, z trzech pozostałych rzeki i potoki. A jak wiadomo – od wody bije zimno i wilgoć.

Nocą czeka nas jeszcze jedna przygoda.

namiot nocą
Nocleg pod tysiącem gwiazd

Kiedy prawie udaje mi się zasnąć, moją uwagę przykuwają ciche hałasy w pobliżu. Momentalnie się wybudzam. Byliśmy ostrzeżeni przed niedźwiedziami. Skupiam uwagę, ale przez jakiś czas nic nie słyszę. Mija jeszcze minuta, potem kolejna i nagle… elektroniczne dźwięki. Odgłos znany graczom komputerowym z włączania noktowizora. Kilkukrotnie. Później światło i ciach! Cisza, jak ręką odjął. Jestem pewny, że ktoś grasuje w pobliżu obozowiska. Może żołnierze, a może, co gorsza, przemytnicy! Słyszę, że w namiocie obok kolega też niespokojnie się porusza. Szeptem mówię :
– Xavier, śpisz?
– Nie. Widziałeś światło?
– Tak. Mam w ręce mały nóż.
– Ja tez stary. Co robimy?
– Bierz latarkę, nie włączaj, na trzyyyczteryyy otwieramy namioty i świecimy dookoła.
– No to trzyyyy czteryyy!

Otwieramy namioty, świecimy wokół, ja kucam w wejściu do namiotu gotowy do jakiegoś uniku lub sprężystego skoku, w jednej ręce latarka, w drugiej nóż, między nogami miotacz ognia (dezodorant i zapalniczka). Ale nic się nie dzieje. Jestem pewny że słyszałem kogoś. No i te dźwięki. Postanowiłem sprawdzić teren. Z sercem na ramieniu ruszam na oględziny terenu, ale nie widać nikogo, ani też nie widać po nikim śladów. Impreza kazachów, którą pozostawiliśmy kilkaset metrów za nami tez już ucichła. Szukam śladów, czegoś, co wskazywałoby na obecność kogoś obcego. Nic.

Dopiero rano mamy się dowiedzieć, że to Tais wyszła w nocy z namiotu i robiła zdjęcia nieba ustawiając jakiś specjalistyczny tryb do naświetlania fotografii w ciemności. Ale co najedliśmy się strachu, to nasze!

0 0 głosuj
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Iza
Iza
9 października 2018 22:34

Kobieta potrafi postawić na nogi:) a faceci truchleją ze strachu; )