Orla Perć

Wpis ten to moje wspomnienie z młodości 😉

W 2004 roku zadzwoniła do mnie znajoma i zaproponowała wspólny wypad w Tatry. Wcześniej chodziliśmy po Beskidach, wiedziałem, że mamy podobne tempo więc się zgodziłem.

Nigdy wcześniej nie byłem w Tatrach, nie miałem tez pojęcia „z czym to się je”. Ale Patrycja była bardziej doświadczona, więc ona miała zaplanować trasę. Powiedziała mi tylko przez telefon, że idziemy na jakąś Orlą Perć i że dam sobie radę bo to dobry szlak dla początkujących.

Śmiejecie się? To były czasy, kiedy nie mieliśmy jeszcze smartfonów, a internet działał przez protokół Dial-UP, budząc wszystkich sąsiadów w pionie przy łączeniu się, a dodatkowo kosząc opłaty „za impulsy”. Przy prędkości 56Kb/s pobranie albumu z dziesięcioma zdjęciami potrafiło zjeść kilkanaście impulsów, więc o jakiejkolwiek weryfikacji szlaku nie było mowy.

Ruszyliśmy skoro świt. Myślę sobie, że niezły hardkor te Tatry, kiedy wdrapywałem się na Zawrat (wtedy doświadczenie miałem tylko z Beskidami!). Po wejściu na Zawrat staję dumny i pytam, czy to już szczyt? Nie – odpowiada Patrycja, tutaj zaczyna się szlak. Przełykam głośno ślinę i ruszamy.

Moje wspomnienia to gehenna, którą przeszedłem jako laik na tym szlaku. Bo może szlak sam w sobie nie jest jakiś przesadnie trudny, jednak nie polecam osobom nie mających żadnego obycia z łańcuchami i tego typu wędrówką. Mimo wszystko powolutku brniemy dalej i dalej.

Na szlaku są jeszcze dwa problemy, poza trudnościami technicznymi. Szlak jest jednokierunkowy, więc w wielu miejscach nie ma możliwości powrotu, bo po prostu nie da się minąć. Druga rzecz też jest z tym związana, a jest to presja. Idąc powoli blokuje się szybsze osoby i powoduje to frustracje i konflikty słowne.

Mimo wszystko dla górołazów jest to miejsce typu „must be”. Jestem bardzo dumny, że wtedy dałem radę! Choć gdybym miał swoją aktualną wiedzę, to nie wybrałbym się na ten szlak bez przygotowania drugi raz.