Kazachskie przygody - część pierwsza. Z Ałmaty do Kanionu Szaryńskiego

Kazachskie przygody - część pierwsza. Z Ałmaty do Kanionu Szaryńskiego

Czyli…. jak przez pomyłkę pojechałem w stronę Chin…

Były relacje z wyprawy (sprawdź TUTAJ), był poradnik “Kazachstan informacje praktyczne“, ale postanowiłem jeszcze podzielić się jeszcze przygodami, które przytrafiły mi się podczas podróży. Jak wiadomo, przygody dodają smaku wyprawie, a dodatkowo pozwalają się wiele nauczyć o lokalnej kulturze. Zaczynamy.

Z Ałmaty do Kanionu Szaryńskiego

Zaczerpnąwszy języka dzień wcześniej, ruszam z rana na autobus. Dojeżdżam do stacji Saylat, skąd podobno odjeżdżają marszrutki do Kegen. Wymyśliłem sobie, że skoro tak, to poproszę kierowcę o zatrzymanie się przy drodze do Kanionu Szaryńskiego, a następnie trasę przez około dwanaście kilometrów przemierzę piechotą przez pustynię.
Słońce pali niemiłosiernie od samego rana, trochę obawiam się, jak będzie wyglądał mój spacer przez nieosłoniętą pustynię. Ale w tej chwili to nie moje zmartwienie. W tej chwili trzeba znaleźć marszrutkę. Wydaje się to łatwe, skoro jestem na dworcu? Życzę powodzenia!
Wokół pojazdy poruszają się wartkim strumieniem, trąbiący po sobie kierowcy ni to się denerwują, ni to pozdrawiają. Wszędzie zaparkowane samochody i wozy. Kwitnie handel, bo dworzec jest też swego rodzaju bazarem. Zewsząd dochodzi zapach przygotowywanych potraw w przydrożnych knajpkach. I z obu stron drogi ludzie stojący przy „busikach” i krzyczący nazwy miejscowości do których jadą. Ruszą, jak będzie komplet pasażerów.
Podchodzę do kilku lokalsów zagadać i zapytać o drogę (oczywiście, po rosyjsku)
– Dzień dobry, gdzie znajdę marszrutkę do Kegen?
– Kanion Szaryński?
– Tak!
– Po drugiej stronie drogi znajdziesz taxi do kanionu.
– Ale ja nie chce taxi, chce marszrutkę.
– Nie ma, już pojechała. Jest jeszcze jedna do Shelek, o tam – tu wskazuje palcem na oddalony, nieomal zapełniony samochód.

Podziękowałem i ruszyłem w kierunku kierowcy, który jakimś cudem, w tym tłumie już zdążył mnie wypatrzeć jako przyszłego klienta. Zaczyna swoim angielskim (powiedzmy, że przypominało to język angielski).
– Turist, Shelek we go, five tousand.
Na co ja nie zastanawiając się nawet nad kontynuacją w tym narzeczu, pytam – Szto? Piat tysicze?
– A Ty pa ruski panimajesz?
– Da!
– Pa etamu sześćsot!
I tym sposobem zamiast za pięć tysięcy tenge, jadę za sześćset do Shelek.
To moje pierwsze doświadczenie z jazdą samochodem po Kazachstanie, więc obserwuję wyprzedzanie „na trzeciego”, szalone manewry i okolicę. Oprócz maleńkich wsi, wokół jest pustka. Przy drodze widzę ludzi sprzedających arbuzy.
Tym sposobem docieram do Shelek. Niestety kierowca wwiózł mnie do środka miasteczka, więc wysiadłszy, podążam do głównej drogi. Nie udało mi się jednak odejść nawet dwustu metrów, kiedy słyszę za sobą trąbienie.
– A ty dokąd?
– Do Kanionu.
– Podwiozę za 5000.
– Nie, ja autostopem pojadę. – odwracam się i próbuję odejść.
– Dobra, to za darmo ale tylko do następnej wsi.
I tak udało mi się pokonać kolejne dziesięć kilometrów, a jednocześnie wrócić do głównej drogi. Zastanawiałem się, jak długo będę łapał stopa na tym odludziu. Słońce dawało się we znaki, a o cieniu można było tylko pomarzyć – zero drzew! Lato w Kazachstanie to nie lato w Polsce, temperatury przekraczają 40 stopni.
Widzę nadjeżdżającą Toyotę. Wystawiam rękę. Toyota się zatrzymuje.
– Dokąd?
– Kanion.
– My też, dawaj.
Ojciec z synem jechali do kanionu, ponieważ syn nigdy tam nie był. Tym sposobem udało mi się dotrzeć bezpośrednio do punktu kontrolnego.
O Kanionie już pisałem (link) więc nie będę się powtarzał.
W stołówce spotykam poznane wczoraj dziewczyny z Holandii, następnie jeszcze jednego polaka. Następnego dnia rano ruszamy razem, by wydostać się z kanionu.
Dochodzimy do punktu kontrolnego – patrzymy- jedzie samochód. Mitsubishi L200 z otwartą paką. Na pace trzy osoby z plecakami. Co nam szkodzi – kciuk w górę. Kierowca zatrzymuje się i mówi – dawać na pakę! W siedem osób z bagażami jedziemy około 120 kmh przez pustynię, pokrywając się kurzem jak drugą skórą.
Jest tylko jeden problem. Kierowca nie wspomniał, że jedzie w stronę chińskiej granicy. Także ostatecznie, kiedy dotarliśmy do drogi, zamiast znajdować się 12 km na południe od Kanionu, znajdujemy się 40 km na północ, a od drogi do wsi Saty, gdzie jest mój następny cel podróży, zamiast mieć 20 km, mam 130. Jest fajowo 🙂

https://youtu.be/pcILdKaJaxM

0 0 głosuj
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze