Czy i kiedy warto inwestować w drogi sprzęt górski?

Czy i kiedy warto inwestować w drogi sprzęt górski?

Osoby czytające ten blog od kiedy powstał wiedzą, że jestem raczej zwolennikiem taniego podróżowania. Typowym włóczykijem, z plecakiem na plecach, namiotem i śpiworem, niźli supernowoczesnym turystą, który organizuje wszystko z czyjąś pomocą i zawsze liczy na innych.

Dziś postanowiłem zmierzyć się z tematem, który na polskich grupach i forach górskich pojawia się niesłychanie często. I powoduje wylewanie się ton hejtu. Bo z tego co zauważyłem, to, jak zresztą zwykle w naszym kraju, osoby chodzące po górach i zabierające głos w dyskusjach, podzieliły się na dwa obozy. Oba skrajne i oba bardziej skupione na rzucaniu mięsem w obóz przeciwny, niż skłonne do jakiejkolwiek dyskusji.

Osobiście – chodzę po górach już nieomal 20 lat. Przemierzyłem Beskidy, Bieszczady, część Sudetów, Tatr, trochę Karpat w Rumunii, Alpy we Włoszech, Szwajcarii i Francji, sporo gór Niebiańskich (Tien Shan) w Kazachstanie i Kirgistanie, odbyłem kilkadziesiąt długich trekingów w południowoamerykańskich Andach, wspinałem się też na Tajwanie (to chyba najtrudniejszy teren z jakim się spotkałem, napiszę o tym kiedyś artykuł). Mam więc niejako sporo do powiedzenia w kwestii chodzenia po górach, bo mam ogromne doświadczenie, zarówno w doborze sprzętu jak i planowaniu wypraw, zarówno po znakowanych szlakach jak i poza nimi.

Dwa obozy

Wspomniałem wcześniej o dwóch obozach, które pojawiają się, gdy przyjdzie rozmawiać o sprzęcie. Jeden obóz to obóz staroświecki, drugi – supernowoczesny. Kiedy pada pytanie, dajmy na to, o polecenie butów do trekingu po Tatrach, a odezwie się obóz staroświecki, to usłyszymy coś w rodzaju :

  • Za moich czasów nikt nie miał specjalnych butów, szło się w przemoczonych adidasach, startych jeansach i plecaku z metalowym zewnętrznym stelażem, który sam z siebie ważył 5kg, nie daj sobie wcisnąć kitu i głupot, że potrzebujesz jakiegoś drogiego sprzętu…

Pojawia się też opinia obozu ultranowoczesnego:

  • Musisz mieć buty z GoreTexem, podeszwą Vibram, najlepiej z opcją montażu raków półautomatycznych jak już wyjdziesz zimą. A Na pytanie, czy buty z Decathlonu wystarczą na pierwszą wędrówkę, otrzymasz odpowiedzi typu – no coś ty, to tani szmelc, chińszczyzna.

I oczywiście, gdy dojdzie do wymiany poglądów, wyleje się niekończąca się fala hejtu…

Kiedyś to było...

Sprawdź artykuł “Kiedyś to było…” o konflikcie pokoleniowym w górach

Kto więc ma rację?

Odpowiem raczej, kto jej nie ma. Oba obozy są w błędzie. Jak każda skrajność, tak te tutaj to po prostu gadanie sfrustrowanych ludzi zupełnie zamkniętych na merytoryczną dyskusję. Dlaczego?

Staroświecki obóz, to zazwyczaj ludzie, którzy zaczynali wędrówki jeszcze w latach 70-tych, 80-tych. Jako, że wtedy nie było dostępu do dobrego sprzętu, to wyrobili sobie opinie, że taki sprzęt jest zupełnie niepotrzebny, a jego używanie to cwaniactwo i szpan. Mimo, że czasy się zmieniły, to często nadal nie zaakceptowali nowoczesnego wyposażenia i często “naśmiewają się z młodzików” jacy oni są słabi, że potrzebują tych wszystkich goretexów, na które trzeba wydać grube miliony. Dlaczego ten obóz jest w błędzie? Otóż w każdej dziedzinie życia istnieje coś takiego jak rozwój i ewolucja. Począwszy od medycyny, prawa, przez motoryzację, na sprzęcie górskim kończąc. Idąc tokiem myślenia “kiedyś to myśmy dawali radę…” można wysnuć wnioski, że po co nam roboty do wykonywania operacji na mózgu, skoro Egipcjanie potrafili dziurawić czaszki ręczną wiertarką? Albo po co nam samoloty, kiedyś nikt nie latał i było dobrze…

Z kolei grupa supernowoczesna to osoby, które wychowały się na artykułach branżowej prasy, a zwłaszcza na artykułach sponsorowanych. Tej grupie wydaje się, że każdy sprzęt w góry musi od razu być co najmniej półprofesjonalny. Przeliczają one każdy gram wagi, nie da się dowiedzieć od nich nic o sprzęcie dla amatorów, bo wg tej grupy buty poniżej 600 zł w ogóle nie nadają się na wyjście z domu, jeśli zegarek nie ma wysokościomierza i barometru z wbudowanym nadajnikiem GPS, to szajs, a latarka świecąca światłem poniżej 1000 lumenów to jakby w ogóle nie świeciła. Oczywiście – wszystko to, to stek bzdur.

Bieszczady
To ja, gdzieś w Bieszczadach, na mnie zwykły bawełniany podkoszulek. Lepi się, mokry jest jak jasny gwint, ale da się iść dalej. Co z tego, że śmierdzi, skoro wieczorem się przebiorę?

Prawda, jak to prawda, leży gdzieś po środku

Staroświecko myślące osoby są w błędzie, mówiąc, że za ich czasów używało się tylko “byle czego”. Pamiętajmy, że używało się tego, czego się używało, tylko dlatego, że nic innego nie było. Wystarczy przeczytać świetną książkę “TOPR, żeby inni mogli przeżyć” by przekonać się, że to wcale nie niechęć do nowoczesnego sprzętu sprawił, że nasi ratownicy kiedyś opierali się na przestarzałym ekwipunku, a tylko brak do niego dostępu. To samo tyczy się ludzi, którzy zasłynęli w “tamtych czasach” jak np. Wanda Rutkiewicz. Ona używała najbardziej nowoczesnego i dostępnego sprzętu na miarę swojej epoki. Ale – zarówno TOPR jak i osoby wchodzące na ośmiotysięczniki potrzebują najnowocześniejszego, najlepszego i najlżejszego sprzętu.

Z kolei osoby, które dwa razy do roku jadą na weekend w Bieszczady w ogóle go nie potrzebują. I tutaj przychodzi grupa supernowoczesna, grono osób, święcie przekonanych, że bez odpowiedniego ekwipunku NIE DA SIĘ iść w góry.

Przechodząc do meritum w ocenie – kiedy inwestować, a kiedy nie, opowiem o własnym doświadczeniu, przytaczając dwie historie.

Inca Trail Ekwador
Wielodniowe trekingi w zupełnie opuszczonych górach gdzieś w Ekwadorze wymagają profesjonalnego sprzętu, który nie zawiedzie cię w trudnej sytuacji, gdy nie będzie do kogo zwrócić się o pomoc

Historia pierwsza

Kiedy zaczynałem chodzić po górach, nie były to zbyt częste wycieczki. Ot, raz, dwa razy w miesiącu jednodniowe trasy. Czasami dwudniowe połączone ze spaniem w schronisku. Całość mojego sprzętu stanowiły tanie buty trekingowe i zbieranina przypadkowych sprzętów, które można było od biedy zabrać w góry. Bawełniane koszulki, namiot typu Auchan za 70 zł, wszystko nie do pary i stanowiące połączenie bylejakości z czymkolwiek.

Jak na wypady nastolatka na jeden czy dwa dni w góry, to taki sprzęt zupełnie wystarczał! Zrobiłem w nim nieomal całe pasmo Beskidu Śląskiego i Żywieckiego, byłem w Karkonoszach, przeszedłem Orlą Perć w Tatrach! Dało się!

Z czasem inwestowałem w lepszy i lepszy sprzęt. Pojawił się plecak z całkiem niezłej firmy (75l, półka cenowa średnia – 800zł). Zmieniłem buty. Musiałem kupić namiot, bo Auchanowy rozleciał się po deszczu. Zacząłem odkrywać, że z nowoczesnym sprzętem życie zaczyna być łatwiejsze. Dobre buty lepiej trzymają się powierzchni, dobry plecak nosi się lżej i łatwiej, dobry namiot nie boi się wiatru i ulewy.

I na koniec przyszły czasy, kiedy zacząłem wyjeżdżać na długie wyprawy. Najdłuższa z nich, bo trwająca aż osiem miesięcy, była do Ameryki Południowej. Dobrze, że wcześniej odbyłem kilka długich, kilkutygodniowych wypadów z plecakiem. I nagle okazało się, że bawełniane przepocone koszulki są do niczego – śmierdzą, nie schną w wilgotnym klimacie Andów, kurtka bez dobrej membrany przemaka w tropikalnej ulewie, a średniej jakości plecak wpija się w biodra i ramiona.

Nauczony na tych błędach – zacząłem kupować sprzęt z półki profesjonalnej. Koszulki z wełny merino, plecak Deutera i Gregory, buty Haix, namiot Marabut etc. etc. Dzięki inwestycji w profesjonalny sprzęt byłem w stanie odbyć wielodniowe trekingi w górach Kirgistanu, Peruwiańskich czterotysięcznikach i Ekwadorskich pięciotysięcznikach. Mogłem wędrować przez wiele dni, nie martwiąc się smrodem przepoconych ubrań, nie mając odparzeń i odcisków na stopach i wygodnie niosąc piętnastokilogramowy plecak.

Ale to wszystko dlatego, że zacząłem ten sport uprawiać profesjonalnie i wtedy trzeba było zainwestować w dobry i porządny sprzęt! Wrócę do tego punktu w podsumowaniu, teraz czas na

Historia druga

Jakiś czas temu by wzmocnić ciało (i umysł) postanowiłem zacząć biegać. Bieganie wydawało mi się najbardziej wymagającym sportem do uprawiania w mieście i dającym najlepsze efekty pod kątem wypraw w góry. Wszedłem więc na strony internetowe dla biegaczy, dołączyłem do biegowych grup i zacząłem czytać.

Okazało się, że jak nie zrobię badań fizjoterapeutycznych, nie sprawdzę, jak układam stopy podczas biegu i nie kupię butów za pierdylion złotych, to w ogóle nie ma sensu, bo tylko się kontuzji nabawię. Nie zastanawiając się nad tym, postanowiłem iść za swoim doświadczeniem górskim i kupić coś z niskiej półki na początek.

Dlaczego? Po pierwsze – nie wiedziałem, czy bieganie w ogóle mi się spodoba. Po drugie – czy wytrwam w bieganiu. Po trzecie – czy dam radę przebiec więcej niż ledwie pięć kilometrów. Nie widziałem więc sensu w odwiedzaniu profesjonalnych trenerów sportowych i kupowania nie wiadomo jakich butów na samym początku. Kupiłem Decathlonowe buty Decathlonowej marki Kalenji (kliknij jak chcesz podejrzeć jakie). Wydałem 120 zł, czyli zdecydowanie niewiele.

Porady dla laików i nie tylko – “jak nosić odzież termoaktywną”

Okazało się, że świetnie się sprawdzały przez pół roku biegania. Kiedy zaczynałem biegać, postawiłem na poprawne bieganie, zawsze na rozgrzewkę przed i rozciąganie po bieganiu, zapobiegłem więc ewentualnym kontuzjom. Robiłem swoje pierwsze biegowe dystanse. 2km, 5 km, 8 km, 10 km, 12 km, 15 km, 21,2km! Mój pierwszy półmaraton po nieomal pięciu miesiącach biegania! I to wszystko w butach, które podobno miały w ogóle nie nadawać się nawet do chodzenia po pokoju…

Ale! Tak, jest ale… Zacząłem biegać coraz więcej i coraz szybciej. Moje dystanse z treningów 1x w tygodniu 10 km i 1x w tygodniu 15km zwiększyły się do 1x10km, 1×15, 1×25. I zaczęły pojawiać się bóle w nogach. Zaczęły boleć piszczele, kolana, podbicie stopy. Szybko i bezbłędnie zidentyfikowałem problem – buty. To nie są buty, w których robi się maratony, to buty amatorskie dobre na początek, ale nic więcej. Zainwestowałem w coś porządnego (Adidas Ultraboost Summer ready). Bóle przeminęły, a ja biegam więcej i więcej, przygotowując się do przebiegnięcia po raz pierwszy w życiu dystansu maratonu!

Słowem podsumowania – czy i kiedy inwestować w drogi sprzęt

Po pierwsze – nie daj się zwariować! Nie wierz ani jednej, ani drugiej grupie (supernowocześni i staroświeccy) bezgranicznie. Po prostu usiądź i zastanów się – kim jesteś i co chcesz robić. To TY wiesz najlepiej kim sam(a) jesteś. Nikt nie ma przepisu na ten świat, nie jesteśmy jednakowi i nie mamy jednakowych potrzeb.

Jeśli masz zamiar raz w miesiącu jechać na jeden albo dwa dni w polskie góry, to w ogóle nie widzę sensu, by nadwyrężać budżet, kupując profesjonalny, drogi sprzęt (chyba, że masz spory budżet). Na amatorskie wycieczki po polskich górach, niezależnie czy będą to Tatry czy Bieszczady, czy też Beskidy, spokojnie sprawdzi się najzwyklejsza bawełniana koszulka, ubranie na cebulkę i buty z twardą podeszwą (chyba, że zamierzasz się wspinać, ale ten artykuł nie dotyczy szlaków wspinaczkowych). To, że taki jednodniowy sprzęt będzie ważył 2 kg więcej właściwie nic nie zmienia, ot, trochę bardziej się spocisz nosząc go. A że to tylko jeden dzień, to na koniec wrzucisz mokrą podkoszulkę do plastikowej reklamówki, przebierzesz sięi wrócisz do domu.

Jeśli zaś planujesz długie wyprawy w regiony, gdzie nie ma tak zorganizowanych szlaków jak u nas (w Polsce trekking jest banalny, nie ma w górach szlaków oddalonych dalej niż jeden dzień drogi od wsi, miast lub schronisk), trzeba nosić ze sobą wodę i filtr do jej uzdatniania, jedzenie na wiele dni, sprzęt nie może odmówić posłuszeństwa i nie może się rozpaść od byle ulewy, a pierwsze lepsze oberwanie chmury nie może spowodować, że wszystko w plecaku zacznie pływać – powinieneś zainwestować. Po to mamy nowoczesny sprzęt, by z niego korzystać.

Całość tego artykułu podsumowałbym – każdemu według potrzeb, nie ma złotego środka.

Niech brak sprzętu nie przeszkodzi ci w twoich pierwszych krokach w górach, ale niech ci się też nie wydaje, że mając produktu z marketu będziesz w stanie robić skomplikowane trekingi gdzieś w Azji czy Amerykach.

0 0 głosuj
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Iza
Iza
9 listopada 2020 17:29

Zgodze się w wielu kwestiach. Sama lubię miec dobry sprzęt a dowiedziałam się już tego dość dawno gdy stary plecak przeorał mi plecy. Sama doradzam rozsądek w tej dziedzinie bo nie sztuka wydać kupę kasy a potem nie mieć pieniędzy na wyjazdy:) Chętnie poluje na okazje, kupuję sprzet używany (np. plecak Deutera wyceniony na ok 600zł mam za niecałe 130 bo ktoś nie dopatrzył tego, że w tytule aukcji podał model plecaka ale juz nie firmę, kupiłam też Meindle za 100zł w wyniku świątecznej wyprzedaży nietrafionych prezentów bo dziewczyna z miejscowości obok wystawiła je pod nazwą ” śniegowce granatowe ciepłe”… Czytaj więcej »